Mam hipotekę na kielichach

Michał Smolorz, niczym wschodni mistrz akupunktury, swoimi felietonami nakłuwa punkty energetyczne śląskiej społeczności. W tekście z 6 sierpnia 2010 r. pt. “Na mą łysą głowę wylano mnóstwo pomyj”, po raz kolejny odnosi się do problemu ochrony architektury Katowic i pokładów negatywnej energii, jakie pobudziła jego postawa zwolennika wyburzenia dworca głównego. W felietonie nie zauważa jednak, że tą architekturę chcą - poza architektami - także zachować, a nawet promować, zwykli mieszkańcy.

Inicjatywa “Napraw Sobie Miasto”, do której przyłączyłem się w połowie maja tego roku, jest ruchem obywatelskim z bardzo prostym przesłaniem - “Nie mów co inni mają zrobić dla miasta, ale zrób sam to co możesz”. Dla zobrazowania siły tego hasła, pozwolę sobie na następującą kalkulację. Każdy mieszkaniec Katowic w wieku produkcyjnym, czyli ponad 200 tys. osób, poświęca codziennie przynajmniej 30 sekund dla swojego otoczenia (np. zbiera śmieci na ulicy). Takie półminutowe zaangażowanie każdego z nas oznacza, że nagle w mieście - w przeliczeniu - pojawia się 210 “nowych”, zatrudnionych na pełen etat pracowników służb miejskich. W dodatku nie czekają oni na polecenie szefa, ale robią to co jest w danym momencie najbardziej potrzebne.

23 lipca 2010 r. wysłałem e-mailem do Michała Smolorza opis akcji promocji katowickiej architektury modernistycznej, w tym m.in. pomysł symbolicznej sprzedaży szesnastu kielichów dworca głównego największym światowym architektom. Otrzymałem uprzejmą odpowiedź, że “jak słyszę kielich to mi kartofle z piwnicy uciekają. Ja w tym szkaradztwie nie dostrzegam żadnych wartości zasługujących na promowanie i ochronę, więc błagam, proszę mnie nie wpuszczać w podobne przedsięwzięcia.” Po czym sam Michał Smolorz “ukłuł” temat tekstem “Całe Katowice do rejestru zabytków!”, który ukazał się dzień później.

Według mnie ta odpowiedź Michała Smolorza jest symptomatyczna dla całej dyskusji o powojennej architekturze Katowic, jak również o polityce miejskiej ostatnich lat. Wartość kielichów katowickiego dworca to nie tylko to co widać w hali, ale również kilkaset ton betonowych fundamentów, dzięki którym utrzymują one konstrukcję. Nie są one widowiskowe, ale stanowią podstawę, którą - jak powiedział Robert Konieczny w jednym z wywiadów - dziś już nie łatwo będzie odbudować.

Katowice, według danych statystycznych, stają się właśnie miastem bez fundamentów. Od 1987 r. śląską stolicę opuściło ponad 60 tys. mieszkańców, czyli 16 proc. W Niemczech, ukuto nawet naukowe określenie dla takich miast - “miasto kurczące się”. Po zjednoczeniu dwóch części tego kraju, odpływ z miejscowości we wschodnich landach wynosił nawet 30 proc. Rządowy program “rewitalizacji” jest tam prosty - głównie wyburza się puste budynki, aby nie straszyły inwestorów i mieszkańców.

Inwestorzy wiedzą, jaki jest skutek nadpodaży - spadek cen. Przez lata nie natknąłem się na głębszą analizę następującego paradoksu: średnie wynagrodzenie w Polsce jest najwyższe na Śląsku, a średnia cena metra kwadratowego mieszkania jest tutaj najniższa ze wszystkich dużych miast w Polsce. Przecież tam, gdzie ludzię są bogaci, ceny mieszkań powinny rosnąć. Lokale do sprzedania po co szóstym mieszkańcu, który wyjechał stąd mogą jednak jakoś wyjaśniać ten paradoks.

Ta wizja erodujących fundamentów Katowic jest również przyczyną dla której działania inicjatywy “Napraw Sobie Miasto” są dla mnie osobiście takie cenne. 17 lipca 2010 r. wspólnie z mieszkańcami miasta, zrywaliśmy nielegalne reklamy na ulicach centrum miasta. Jeden z młodych przechodniów na filmie, dokumentującym całość akcji, ocenia pomysł słowami: “Tu i tak będzie zawsze syf. To jest Śląsk! To są Katowice!”.

Dla mnie i przypuszczam wielu moich znajomych, oznacza to jedno - za około dziesięć lat dostanę pismo z banku o następującej treści: “W związku z dalszym spadkiem cen nieruchomości w Katowicach, informujemy, że ustanowione przez Pana zabezpieczenie kredytu hipotecznego nie może stanowić już gwarancji jego spłaty dla naszego banku. Prosimy o wybranie jednej z podanych poniżej form, ustanowienia dodatkowego zabezpieczenia 100 proc. wartości kredytu lub natychmiastową jego spłatę”.

Moim zdaniem, wizja odmienna - “miasta naprawionego” - nie jest trudna. W sierpniu 2013 r. odbieram znajomych z Łodzi lub Warszawy na dworcu kolejowym. Przy wyjściu z budynku pokazuje im kielich Daniela Libeskinda i Normana Fostera. Kiwają główami i mówią, że Libeskind to urodził się w Łodzi lub, że Fostera to oni mają na Placu Piłsudskiego. Idziemy na Gliwicką na drinka. Po drodze na czarnych rowerach miejskich mija nas grupa młodzieży. Nagle zatrzymują się, zsiadają z rowerów, zbierają rozrzucone na ulicy ulotki, po czym odjeżdżają. Na pytanie o niezwykły pojazd i strój tych pracowników zakładu oczyszczania miasta, snuję przypuszczenie, że ich wygląd i rowery wskazywałyby raczej na uczestników OFF Festival, a dbanie o miasto to tu taka “nowa świecka tradycja”, więc może im się spodobała. Po śląskim martini z kawiorem, przypominającym hałdę węgla i hucie małgorzacie, czyli płonącej margaricie na spirytusie, której podawanie wygląda odrobinę jak spust surówki z wielkego pieca, jedziemy na Nikiszowiec. Znajomi (nie wiem czy pod wpływem alkoholu czy otoczenia) zaczynają pytać o Śląsk. Pokazuję im po drodze pierwsze powstające w Katowickiej Strefie Ekonomicznej fabryki i mówię, że nazwa funkcjonuje już prawie 20 lat, ale paradoksalnie obszar przemysłowy z nazwą “katowicki” lepiej rozwinął się pod Gliwicami niż tutaj. Śpią w apartamentach na Nikiszowcu, ale wcześniej idziemy do multimedialnego muzeum historii Katowic oraz zagrać w turbo-golfa. Nie chcą iść na OFF Festival, więc idziemy jeszcze na wideo-operę do Elektrociepłowni Szombierki w Bytomiu. Cały następny dzień to gra miejska - po to tu przyjechali - która wciąga ich w historię Śląska. Gdy odprowadzam ich na pociąg, sami pytają, który kielich kupiła Zaha Hadid. Na pożegnanie mówią, że w poniedziałek rano muszą przekonać swojego szefa, aby otworzył nowy oddział w Katowicach, bo tu się fajnie żyje i chcą się przeprowadzić. A ja wiem, że nie dostanę już żadnego listu z banku.

“Napraw Sobie Miasto” to wszystkie inicjatywy, zaczynające się od poświęcenia pół minuty dla naszego miasta. 30 sierpnia 2010 r. o godz. 20:00 możemy się spotkać na flash-mob’ie w hallu głównym katowickiego dworca z kieliszkami o bezalkoholowej zawartości w rękach. “Napraw Sobie Miasto” wysłało już zaproszenia do symbolicznego kupna szesnastu kielichów na adresy wszystkich biur projektowych z listy tzw. stararchitects. Oprócz tego wystąpiliśmy o poparcie pomysłu do Fundacji Hyatt, która co roku przyznaje “architektonicznego Nobla” - Nagrodę Pritzkera. Śląskimi drinkami uczcimy być może “dobrą” transakcję, albo zostaniemy z symbolem Katowic już tylko w rękach.